środa, 17 lipca 2013

11.

Mój pokój wygląda dziwnie z trzema zapakowanymi walizkami stojącymi przy łóżku. Z pustymi półkami i bez sterty różnych dziwnych rzeczy piętrzących się koło szafy (do owych „rzeczy” zazwyczaj zaliczały się koty, pluszaki młodej, zabazgrane przez nią kartki i kable od ładowarek wszelakich). Jutro o tej porze… a z resztą, jeszcze o tym nie myślę. Z góry ostrzegam, że będzie łzawo i sentymentalnie.

Ostatni tydzień miał swoje wzloty i upadki, zaczynając od pikników w parku i karmienia łabędzi, a kończąc na dawaniu młodej szlabanów w dniu, kiedy prawie doszło do rękoczynów między nią a jej koleżankami. I pomimo wszystkich moich narzekań, będę tęsknić. Dwa miesiące to kupa czasu, szczególnie dla osoby, która przywiązuje się do ludzi tak szybko jak ja. Dopiero przed samym wyjazdem zauważa się te pozornie błahe rzeczy – iskierkę radości, kiedy mała daje radę jechać na rowerze bez jednego stabilizatora, rozczulenie, kiedy urządza pokaz mody na korytarzu, stukając obcasami maminych szpilek, które wylądowały w jej pokoju tydzień temu bo nie nadają się już do noszenia do pracy…

Nauczyłam się rozróżniać, kiedy udaje, a kiedy naprawdę coś jest nie tak (czy to wyimaginowany ból brzucha, kiedy nie ma ochoty czegoś zrobić, czy bycie głodną ‘z nudów’). Nawet jej koleżanki mnie polubiły i zaczęły się do mnie swobodnie odzywać;) Przywykłam do seplenienia młodej, do jej powiedzonek w stylu „well, of course cośtam cośtam”, którego używa na początku każdego dłuższego zdania, jakby to, co właśnie obwieszcza, powinno być od dawna wiadome całemu światu – „well of course, na śniadanie chcę tosty”, „well of course, chodźmy do parku”, „well of course, zakładam dzisiaj majtki w kwiatki”. Nauczyłam się, że zawsze na spacery chodzimy we 3 – ja, ona i jej chłopak, Louis, który jest bardzo nieśmiały więc w ogóle się nie odzywa, i którego mała bardzo często odwiedza w jego domu w Nowym Jorku. Przerobiłyśmy jeżdżenie w niewidzialnych autach, loty w niewidzialnych samolotach, przechodzenie przez ściany i wszystkie możliwe gry i zabawy, których można oczekiwać od siedmioletniej wyobraźni. I uwierzcie, można oczekiwać naprawdę wiele.

Przez te dwa miesiące zrozumiałam, że au pairing nie jest pracą dla każdego. Fajnie powiedzieć – jedziesz, masz gdzie spać i co jeść, zwiedzasz i opiekujesz się małym bachorem. Nic bardziej mylnego, branie odpowiedzialności za czyjeś dziecko jest cholernie ciężkie. Jak tu wytłumaczyć siedmiolatce, że nie pozwolę jej jeździć na rowerze, bo za bardzo isę o nią boję? Przecież mama jej pozwala. Oczywiście nie twierdzę, że nadają się do tego tylko „wybrani”, ale osoba nielubiąca dzieci będzie się tylko męczyć (a wiem, że i takie się zdarzają bo osobiście poznałam kilka. Ja, wbrew powszechnej opinii, dzieci uwielbiam, póki mają więcej niż 2 lata i nie są moje.). Człowiek uczy się cierpliwości i asertywności, zarazem dobrze się bawiąc (w większości) i poznając inną kulturę. Cieszę się, że poćwiczyłam język, nigdy nie miałam z tym problemu, ale mówienie po angielsku w Polsce a przystosowywanie się do Irlandczyków, ich akcentu i faktu że strzelają słowami jak z karabinu maszynowego to dwa osobne światy.

Wiem, że miałam ogromne szczęście trafiając na tę a nie inną host rodzinę, słyszałam historie innych dziewczyn o nierespektowaniu ich czasu wolnego, o harowaniu w nadgodzinach, sprzątania na błysk całego domu i czterech małych dzieciakach na raz – wszystko za równowartość mojej pensji. Moja hostka dbała o mnie jak o swoje drugie dziecko, to ja zawsze miałam rację, nawet jak młoda próbowała zrzucić na mnie winę („Nie zwalaj na Olgę, dobrze wiedziałaś, że nie możesz jeść tegoatego i jej o tym nie powiedziałaś”), martwiła się moimi studiami razem ze mną, a weekendy były świętym czasem dla mnie i mała ledwo mogła się do mnie przytulić bo „Olga ma dzisiaj wolne, daj jej odetchnąć”. Pomimo paru nieprzyjemnych momentów, czas spędzony tutaj był niesamowitym przeżyciem.

Wylot jutro o 8.15, rano dopakowuję ostatnie rzeczy i… Żegnaj Irlandio. Na pewno tu wrócę. A póki co, czas świętować przyjęcie mnie na studia w Poznaniu (Uniwersytet Medyczny, cieszę się jak wariatka!) i… szykować się na wyjazd do Ameryki. Witaj przygodo, po raz kolejny w te wakacje. Swoją drogą spodobało mi się prowadzenie bloga – może kiedyś wrócę do pisania, tu albo pod inną nazwą.



My room looks weird with 3 fully packed suitcases standing right next to my bed. With empty shelves and without stack of random weird things next to my wardrobe (like cats, toys, sheets, wires etc.). That time tomorrow… I don’t think about it, yet. From the very beginning I warn you – today’s note will be maudlin and sentimental.

The last week had its ups and downs, starting from the picnics in the park and feeding the little ducklings and finishing at grounding A when she refused to listen to anyone and kept hitting her friends. But nevermind all my complaints, I will miss her and this place. 2 months is a lot of time, especially for the person who gets used to people way to fast, like I do. Only before leaving you start noticing the little things like a little spark of joy when you see her on her bike, going without one stabilizer. Or tenderness, while watching her preparing a ‘fashion show’ in the corridor, tottering on her mom’s high heels, which landed in her room a week ago, because they’re too old to wear it anywhere…

I’ve learned how to distinguish between A saying the truth or pretending (either her ‘sore tummy’ because she’s not willing to do something, or being hungry because of boredom). Even her friends started to like me and they talk to me normally:) I got used to her lisping, to her sayings, like “well of course blahblahblah”, which she uses at the beginning of almost all sentences, as if the thing she says should be well-known since always to everyone. “well of course, I want toasts for breakfast”, “well of course, we’re going to the park”, “well of course, I’m wearing my red knickers today”. I learned, that it’s always 3 of us – me, her and her boyfriend Louis, who’s really shy so he doesn’t talk at all and she keeps visiting him in his apartment in New York. We’ve been through riding in invisible cars and flying in invisible planes, going through the walls and through any game a seven year old imagination can come up with. And believe me, that’s a lot.

These 2 months made me realize, that au pairing isn’t a job for everyone. It’s easy to say – yeah, you go, you have a place to sleep, you have a full fridge, you can see another country and minding kids is easy anyway. Nothing could be more wrong, taking responsibility for someone else’s child is hard as hell. How to explain to a seven year old that you don’t want her to go on her bike, because you’re too scared she’ll fall? Her mommy lets her. Of course, I’m not saying that only the chosen ones can work like that, but for people who don’t like children it would just a never ending struggle. (and yes, I’ve personally met few girls who openly admitted they’ve always hated children. I, contrary to a general belief, really DO like kids, they just have to be older than 2 and not mine;)). It’s a training of patience and assertiveness, but also a great fun and an interesting lesson about another culture. I’m really glad I could practice my English here, it’s never been hard for me, but speaking English in Poland and adjusting to Irish accent and the fact that they don’t speak, but literally ‘shoot’ you down with words are two different things.

I know I was really lucky with my host family, there are many stories from other girls about disrespecting their time off, working more hours than they should, cleaning the whole house twice a day, minding 4 little kids – everything for the same money I was getting. My host mum treated me like her second daughter, it was me who were always right, even when A tried to put the blame on me (“Don’t say it’s Olga’s fault, you knew very well you’re not allowed to do this-and-that and she had no idea”), she was as worried about my finals’ results as I was, and my time off was undisturbed, A could barely talk to me or hug me because “Olga is off today, let her breathe!”. I know, that in a month or so I won’t remember any of the bad things that happened in here, because it’s been an amazing adventure and wonderful time, I don’t regret any second spent in Ireland.


My flight is tomorrow at 8.15am, I’ll pack the last things in the morning and… See you later, Ireland. I’ll come back soon, I promise, I’m madly in love with you. But for now, it’s time to celebrate getting to the Med University in Poznań (yes, I’m madly happy about it) and… get ready for another trip, this time to USA. Adventure, here I come again. I liked having a blog really much – maybe I’ll come back to writing someday, here or somewhere else, but I’ll let you know for sure.

 Cały mój dobytek - spakowany :P


A poniżej parę zdjęć z naszej dzisiejszej "sesji modowej" przy okazji pokazu mody. ;)



1 komentarz: