środa, 10 lipca 2013

10.

Żar leje się z nieba.  Przez te dwa miesiące odzwyczaiłam się od ostrego słońca i przy irlandzkich 23 stopniach czuję się jak na wakacjach we Włoszech (co mi bynajmniej nie przeszkadza, brakuje tylko basenu i włoskich lodów, co rekompensuję sobie bitwami wodnymi i przepysznymi ben&jerry’s). Podczas mojej weekendowej nieobecności ogród wzbogacił się o duży, zielony namiot (tudzież gazebo, jak to mówi Mała) i parę innych skarbów – chociażby zabawkowy aneks kuchenny. Dzieckiem będąc miałam coś w tym stylu  stragan z plastikowymi owocami i niby-kasą, ale czegoś takiej wielkości dawno nie widziałam. Tak więc od trzech dni piszemy menu, zapraszamy gości (najczęściej One Direction i Lady Gagę, a to niespodzianka!), gotujemy niby-kukurydzę, smarujemy niby-tosty niby-masłem i parzymy niby-herbatę, a ja bawię się lepiej od samej właścicielki mini-kuchni. Teraz akurat Mała gości swoje 3 koleżanki na „tea party”, na które ja mam wstęp wzbroniony. Nie ma problemu, konstruktywnie wykorzystam ten czas na opalanie się (znów spiekłam sobie ramiona w weekend, sic!) i czytanie książki.

Sobotę i niedzielę poświęciłam na spacerowanie po Dublinie. Nigdy nie byłam wyznawczynią zasady „zwiedź wszystko co opisuje przewodnik i koniecznie opstrykaj jak na pseudo-japońskiego turystę przystało”. Uważam snucie się po uliczkach (z mapą w ręku, ze względu na moją tendencję do gubienia się wszędzie) o wiele przyjemniejsze. Dublin przywitał mnie manifestacją pro- i antyaborcyjną  zdziwioną miną faceta w hostelowej recepcji (był może z rok starszy ode mnie), który po 5 minutach stukania w komputer zająknął się: „ale… pani zarezerwowała miejsce na jutro, nie na dzisiaj…”. Tak, to brzmiało bardzo w moim stylu, więc zbladłam i modląc się w duchu zapytałam, czy mają coś na dzisiaj. Mieli, parę euro drożej, ale lepsze to, niż nocleg na ulicy. Swoją drogą, po powrocie wpadłam na pomysł sprawdzenia tej rezerwacji jeszcze raz – daty były prawidłowe, nie pomyliłam się. „20-osobowy żeński dorm” – brzmi osobliwie, wygląda osobliwie, ale trzeba spędzić tam noc, żeby naprawdę zrozumieć co to znaczy, przyznaję, bardzo zabawne doświadczenie;D Trinity College, zrobił na mnie ogromne wrażenie do tego stopnia, że zaczęłam rozważać złożenie tam papierów w przyszłym roku, a Browar Guinnessa był jednym z ciekawszych muzeów, które miałam okazję odwiedzić. Cała wycieczka, zwieńczona darmową pintą piwa i widokiem na cały Dublin z Guinnessowego Gravity Baru (wygląda jak wielki szklany spodek położony na kominie) jest na pewno godna powtórzenia. Poza tym Zamek Dubliński, katedra św. Pawła, Ratusz, parę kościołów, z tuzin różnych mostów - wszystko obejrzane.

Wieczorem, jak doradzał mój wszechwiedzący przewodnik chwycony w bibliotece dzień wcześniej, wybrałam się do Temple Baru (przecznicę dalej), czyli imprezowej dzielnicy Dublina. Nie pociąga mnie imprezowanie samej, poza tym tłum Irlandczyków ‘pod wpływem’ bynajmniej nie zachęcał mnie do zmiany podejścia, więc postanowiłam kontynuować snucie się i spacerowanie po uliczkach „just for the craic” jak tu mówią. Byłam oczarowana. Magiczne miejsce, dźwięki irlandzkiego folku dobiegające z każdego pubu (w co drugim – na żywo), niepowtarzalna atmosfera i widoki które wieczorową porą przygotowała dla mnie rzeka Liffey… A ja jak zwykle nie zabrałam statywu.

W zeszły piątek dostałam wyniki matury z dumą mogę pochwalić się 6/7 ze wszystkich zdawanych przedmiotów. Przyszłość maluje się w różowych barwach (pomijając moje 1023 miejsce na liście rekrutacyjnej na Uniwersytet Jagielloński, co potrafię skwitować tylko i wyłącznie głupim śmiechem) – czekam na II listę z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, na której najprawdopodobniej się znajdę (odcinka na 180pkt, Olga ma 180pkt ale za niską średnią na świadectwie, HA HA HA). Jeśli nie – Łódź, Katowice, nawet Aberdeen, bo w końcu tam też mam miejsce – do wyboru do koloru. Plany tatuażowe nareszcie nabierają realnego wymiaru, bo miała to być nagroda za dostanie się na medycynę. Dołóżmy do tego fakt, że za tydzień wracam do domu, wycieczkę do USA (powoli dociera do mnie, że to się dzieje naprawdę) i… Zaczynam wierzyć w to, że jednak szczęściara ze mnie.

The heat is killing me. Two months were enough to get used to 18deg temperature. Now 23deg make me feel like in Italy (no complaints – I compensate the lack of swimming pool and gelatos with water fights and ben&jerry’s). During my weekend absence a gazebo tent appeared  in the garden. And it has a toy kitchen inside! When I was younger I had a similar thing, but I’ve never seen a TOY as massive as this one is. So, from Monday we spend there all day, making menus, inviting guests (most often One Direction and Lady Gaga, surprise!), cooking toy-corn, making toy-toasts and baking toy-cakes and I bet I’m having even more fun than the kitchen’s little owner :D At the moment A. has guests and a tea party going on, so I’ll just use this time to sunbath a little (burned my shoulders again during the weekend, sic!) and read a book.

So, I spent Saturday and Sunday in Dublin. I’ve always preferred long walks to “go and see everything you guide says you must see and take as many photos as possible, everyone’s an Asian tourist inside” (ok, a map is necessary, but nothing more than that). Dublin welcomed me with a pro- and antiabortion manifestation and with my receptionist’s surprised face – “but… you didn’t book a bed for today, you booking says: tomorrow…”. Yeah, that sounded like me, so I just went all pale and, praying inside, asked if they have anything free for tonight. They did, a bit more expensive, but that’s better than sleeping on the street. By the way, when I came back home, I’ve checked the booking once again – the dates were fine, the wasn’t my fault. “Female dorm for 20 people” – sounds interesting, looks interesting, but you have to spend a night in it to know what it really means. That was a really hilarious experience. Trinity College was so impressive I’ve actually started to consider applying there next year and Guinness Brewery was one of the most interesting museums I’ve ever been to. The museum tour, finished with a complimentary pint of Guinness and amazing view of whole Dublin from the Gravity Bar (which looks like a huge glass saucer laying on a chimney) is totally worth repeating! Dublin Castle, st. Patrick’s cathedral, City Hall, General Post Office, few other churches and about a dozen of different bridges – checked.

I followed my omniscient guide’s advice and spent the evening visiting Temple Bar area (the party area that actually reminded me of London’s SoHo). Partying alone is not the thing I’d really enjoy and herds of drunk Irish men staring at me (come on, I didn’t even have a skirt!) didn’t seem really inviting, so I’ve just decided to do some exploring and walk the streets “only for the craic” as they say in here. I was enchanted. Amazing place, Irish folk playing in each pub (in every second one – live), unique atmosphere and the views that river Liffey prepared for me that evening… And again I had to regret I don’t have my tripod with me.


I got my final exams’ results last week and I can proudly announce that I scored 6/7 from all subject I took. The future has never looked so optimistic (besides my 1023 on the waiting list to Krakow’s University, what only makes me laugh). Most probably I’ll get to Poznań on 2nd list and if not, I still have other cities to choose from. Including Aberdeen. My so-called ‘tattoo plans’ are getting more and more possible, as an award for getting to a med school. Plus the fact that I’m coming back home in a week from now. And the USA trip (I finally start to realize it’s really happening)… I really am a lucky one.

Zderzenie dwóch przeciwnych manifestacji, wpadłam na nie za rogiem od razu po przyjeździe.

Trinity College - główne wejście

... i campus Trinity od środka

Christ church cathedral (?!)




Trinity w drodze powrotnej:)

Bank of Ireland

A to już jeden z wielu pubów w Temple Bar


Temple Bar (pub) w Temple Bar (dzielnica). Templecepcja.

River Liffey

I jeszcze raz Liffey

I po raz trzeci, nie mogłam się napatrzeć.

O'Connell street i the Spire

O'Connell street II

A to już Guinness Brewery



Niestety pan, który robił to zdjęcie ewidentnie niebardzo radził sobie z moim aparatem...

Pinta Guinnessa w Gravity Barze!

I ta sama pinta w dłoni szczęśliwej właścicielki:)

Na szybach Gravity Baru znajdują się opisy tego, co aktualnie widać po drugiej stronie...

To akurat widok w stronę centrum.

x, O.

1 komentarz:

  1. Moje gratulacje! Wish you luck! :)

    W ogóle uwielbiam jak piszesz :D

    OdpowiedzUsuń