czwartek, 27 czerwca 2013

8.

Słońce świeci, Mała jeździ na rowerze w jednej ręce trzymając kierownicę, a w drugiej loda, koty grzeją się na trawie… A ja siedzę w środku tego wszystkiego i napawam się ostatnimi chwilami spokoju, bo od jutra zaczynają się wakacje, co oznacza dyżury od samego rana. Z dobrych wieści – dzięki sugestii mojej hostki nauczyłam się być bardziej stanowcza i Młoda nagle przestała wchodzić mi na głowę, zapisałam się do biblioteki (brawo, nareszcie!), cały poprzedni weekend byłam w rozjazdach i tak samo planuję ułożyć sobie ten nadchodzący. Ze złych – raczej nie wybiorę się do Dublina, na couchsurfingu pustki i brak chętnych do przenocowania mnie, hostele są raczej nie na moją skąpą kieszeń. Kiedy indziej.

Cliffs of Moher były póki co najpiękniejszym miejscem, jakie miałam szansę tu zobaczyć. Opłacało się łapać bladym świtem pierwszy autobus w stronę cywilizacji (Cork), a następnie przesiedzieć pół dnia w autokarze. Widok zapierał dech w piersiach i jest raczej nie do oddania w żaden inny sposób, chociaż usilnie i z zapałem japońskiego turysty próbowałam uwiecznić na zdjęciach co tylko się dało. Nawet pogoda dopisała i mimo wiatru wiejącego z prędkością 100 mil na godzinę było fantastycznie.

W niedzielę za to wybrałam się z dwoma inymi au pairkami – Ritą i Katheriną – do Kinsale, małego rybackiego miasteczka jakieś 20km od miejsca, w którym mieszkam. Kolejne miejsce i kolejny zachwyt – piękne widoki, znów klify (parę razy mniejsze niż Mohery, ale tak samo malownicze. A wiatr tak samo silny, parę razy obie z Katheriną nie byłyśmy w stanie utrzymać pionu), morze, a samo Kinsale przeurocze, pełne kolorowych kamienic. Wydawało się bardziej ’turystyczne’ niż Carrigaline, szkoda tylko że w niedzielę większość sklepów była zamknięta i mogłam z niemałym rozczarowaniem pocałować klamkę w „the chocolate botique”…

Kolejny weekend i kolejna wycieczka w planach – chyba jednak Ring of Kerry zamiast Dingle. W niedzielę muszę zebrać siły na przyszły tydzień, pierwszy tydzień wakacji, no i wyniki matur 5 lipca… A już za trzy tygodnie wracam!

Sun is shining, A. is riding her bike, holding handlebar in one hand and ice cream in the other, the cats are lying on the grass… And I’m sitting in the middle of that, enjoying the last moments of serenity, because holidays start tomorrow what means work from the very morning. From the good news – thanks to my host mum’s advice, I learnt to be more categorical when it comes to A., maybe she’ll learn some manners now, I joined the local library, travelled whole last weekend (and planning to do the same during the upcoming one). Bad news – I rather won’t go to Dublin, apparently on couchsurfing there’s no one willing to host me on that days, and I can’t afford a hostel. Well, another time.

Cliffs of Moher were the most beautiful place I’ve seen here by now. Catching the first bus to Cork and then spending nearly all day in another one definetly paid off! The view was breathtaking and it’s really hard to describe it in any other way, it just has to be seen with one’s own  eyes. Of course stubbornly I tried to take as many photos as possible, but still it’s not the same. Even weather was relatively good, even though the wind was blowing like 100mph it was amazing.

On Sunday I went to see Kinsale with 2 other au pairs – Rita and Katherina. Kinsale’s a small village, round 20km from the place I live in. Next place and next delight – amazingly picturesque, with cliffs (few times smaller than Mohers, but as beautiful as them. And the wind was strong too, me and Katherina couldn’t stand straight and even fell down few times), close to the sea, and Kinsale itself was realy lovely, full of colorful houses. It seemed more ‘touristic’ than Carrigaline, but unfortunately nearly everything was closed on Saturday, so I only could lick the window of “the chocolate boutique”…


Next weekend and next trip planned – this time Ring of Kerry instead of Dingle I suppose. On Sunday I have to gain all my strength before next week, the first week of holidays and the week of my final exams’ results! Oh and I’m coming back in 3 weeks from today on!

W drodze na Klify:)

Cork o poranku, z okna autokaru.

Kinsale!

W Kinsale raz spojrzałam w dół i od razu pożałowałam.

A to już u mnie, w Carrigaline podczas wieczornego spaceru.

Limerick, przystanek w drodze na Mohery

Kolejny przystanek po drodze, tym razem nad morzem

A to już słynne Cliffs of Moher

Cliffs of Moher

Cliffs of Moher

Mohery po raz kolejny

Jak każdy szanujący się turysta...

Kinsale, Rita ja, Katherina i samowyzwalacz w roli głównej

 Katherina walczy z wiatrem...

 ... Za to ja udaję, że wszystko jest w porządku.

Kinsale

Ech, niespełnione marzenie. Muszę się tam jeszcze wybrać przed wyjazdem!

Kinsale harbour

x,O.

czwartek, 20 czerwca 2013

7.

Parę osób napomknęło mi, że poprzedni wpis miał bardzo ponury i depresyjny wydźwięk. Nie taki był mój zamiar, nie takie chciałam wywrzeć wrażenie! Zeszły tydzień był ciężki, fakt, ale już wróciłam do żywych. Szczególnie pomocne były dwa wolne dni w środku tygodnia, które mogłam spędzić na opalaniu się w ogródku i planowaniu wycieczek, które zamierzam rozłożyć na wszystkie cztery weekendy, które mi tutaj pozostały (Cliffs of Moher, Dingle, Dublin, Cork, Kinsale, ...). Tymczasem, mimo że nie dzieje się nic wybitnie godnego uwagi, postanowiłam zacząć gromadzić wszystkie absurdalne dialogi, które mam okazję prowadzić z małą i te, które słyszę wieczorem pomiędzy nią a matką.

W niedzielę z powodu deszczu mała dostała pozwolenie na dłuższe niż zwykle oglądanie telewizora. Koło 21, o której to zazwyczaj jest goniona do spania, mama wyłączyła telewizor. Reakcja?

A: NIGDZIE SIĘ STĄD NIE RUSZAM!
Mama: Ok, zabiorę piloty, Wii, odłączę keyboard i będziesz miała szlaban.
A: NAWET NIE LICZ, ŻE PÓJDĘ JUTRO DO SZKOŁY! ZOSTANĘ TU NA ZAWSZE! TU NA TEJ KANAPIE!
Mama: Przestań płakać, wstawaj i idź myć zęby, proszę.
A: (wychodzi z pokoju z płaczem) NISZCZYSZ MI ŻYCIEEE!

Inna sytuacja, siedzimy z młodą i bawimy się lego. Mała ma bezwzględny zakaz przeklinania (ale spryciara radzi sobie mówiąc 'shoot' zamiast 'shit' i 'silly' zamiast 'stupid', szczerząc do mnie zęby i mówiąc, że to nie są 'bad words'). Rozmowa schodzi na jej koty.

A: Wiesz, Katie to jest grzeczna, zawsze przychodzi, jak ją wołam, daje się głaskać i nosić... To Mia jest S-U-K-Ą (literuje, sprawdzajac, czy zrozumiem o co jej chodzi)
Ja: (posyłając jej mordercze spojrzenie) EJ, to się chyba zalicza do przekleństw!
A: No, słowo na S jest przekleństwem, ale jeśli je przeliterujesz tak: S-U-K-A, to już nie!
Ja: ...
A: (szeptem, ewidentnie czerpiąc dziką radość z "przeklinania-nieprzekliniania") A wiesz, co mój tatuś kiedyś powiedział, jak moja koleżanka specjalnie rzuciła mnie piłką w głowę? Że jest S-U-K-Ą i ding-dongiem!
(Ding-dong to w wolnym tłumaczeniu siusiak, cóż, nadal próbuję zrozumieć, jaki jest sens w nazywaniu tak dziewczynki, ale co kraj to obyczaj...)

Poranki w 4 przypadkach na 5 są fatalne - śniadanie nie pasuje, woda jest za mokra, łóżko za wysokie, więc nie można go pościelić, a majtki nie w tym kolorze. Dresowa wersja mundurka ma dwa warianty - szorty, albo długie spodnie. Któregoś dnia od świtu lało jak z cebra, chociaż według prognozy miało być słonecznie. Na szafce leżą szorty, naszykowane przez mamę poprzedniego wieczoru.

Ja: Poczekaj, znajdę ci długie spodnie, patrz jak leje, za 5 minut będziesz się trzęsła z zimna.
A: Ale mama powiedziała, że mogę dzisiaj ubrać szorty!
Ja: Spójrz za okno. Pada deszcz. Czy to jest pogoda na szorty?
A: Ale mama powiedziała!
Ja: Dobrze, idź zapytaj mamy.
A: (wściekła wybiega, trzaskając drzwiami) MAMO, PRAWDA, ŻE MOGĘ UBRAĆ DZISIAJ SZORTY DO SZKOŁY?
Mama (zza zamkniętych drzwi, parskając śmiechem): Jasne, ubieraj, pogoda jest idealna!
A (wracając do pokoju z miną zwycięzcy): A widzisz!
Całe szczęście sekundę później mama uratowała sytuację, mówiąc, że żartowała. Inaczej mała w życiu by się nie zgodziła.

Chwilę temu pisałam o irlandzkich rymowankach pierwszoklasistek. Udało mi się wyszperać jedną w internecie. TU do wglądu i przeanalizowania jest tekst. Polecam szczególnie część "When Susie was a teenager" i "When Sussie was a married". ;)

No, więc Cliffs of Moher w sobotę I Kinsale w niedzielę. Nie mogę się doczekać tych wszystkich wycieczek:)



I’ve heard from few people, that my previous post here seemed really grumpy and depressed. I really didn’t mean to sound like that! Last week was hard, yes, but I’m back to the normal life now. 2 days off in the middle of the week spent on sunbathing and panning my future trips (cliffs of Moher, Dingle, Dublin, Cork, Kinsale, …) were really helpful. Nothing really interesting happened last times, but I’ve decided to start gathering all hilarious dialogues between me and the girl, or between her and her mum.

On Sunday because of the rain, the girl was allowed to spend more time watching TV than usually. Around 9 pm, that is – her bed time, her mum came and turned the TV off. Reaction?

A: I’M NOT GOING ANYWHERE!
Mum: Ok, so I’m taking the remotes, Wii, the keyboard wire and you’ll be grounded.
A: DON’T YOU EVEN THINK I’M GOING TO SCHOOL TOMORROW! I’LL STAY HERE FOREVER, HERE ON THIS COUCH!
Mum: Stop crying and go brush your teeth, please.
A: (leaves the room, bawling) YOU’RE RUINING MY LFEEE!!!

Another situation, I’m sitting and playing lego with her. She’s forbidden to swear. Ever. (so she just uses ‘silly’ instead of ‘stupid’ and ‘shoot’ instead of ‘shit’, smiling at me and saying that these aren’t ‘the bad words’). We were talking about her cats.
A: You know, Katie is the nice one, she always comes when I call her and she lets me rub her… Mia is the B-I-T-C-H (she spells that, apparently checking if I’ll get what she’s talking about)
Me: (with a murderous glance) HEY, I believe this is a swear word!
A: The ‘S word’ is a swear word, but it’s not when you spell it lie B-I-T-C-H, you see!
Me: …
A: (whispering, apparently having lots of fun with ‘swearing without swearing’) And you know what my daddy once said, when my friend hit me with a ball on purpose? That she’s a B-I-T-C-H and a ding-dong!

4 out of 5 mornings is disastrous. Breakfast is unpalatable, water is too wet, bed is too high, so she can’t make it, and her knickers aren’t the right color. Her sport uniform comes in two versions – with shorts, or long sweatpants. One day it was lashing from the very morning, even though the forecast on the previous day said it should be sunny. Shorts are laying on the shelf, prepared by her mum on the day before.

Me: Wait, I’ll find your sweatpants, in other case you’ll get cold 5 minutes after you leave home.
A: But mummy said I can wear my shorts today!
Me: Look outside the window. It’s lashing. Is it the right weather for your shorts?
A: But my mummy said so!
Me: Ok, go ask your mummy if you want.
A: (runs out of her room, slamming the door) MUMMY, CAN I WEAR MY SHORTS TODAY, LIKE YOU SAID?
Mum: (from behind her door, laughing): Of course, the weather is perfect for that!
A (entering the room, with the smile of victory) See, I told you!
Luckily her mum saved the situation, explaining that she was only kidding. Otherwise I just wouldn’t be able to convince her to wear the sweatpants.

Few weeks ago I wrote about irish rhymes of 7 year olds girls. I managed to find one of them thanks to google. It’s HERE – read and analyse the lyrics. I highly recommend the "When Susie was a teenager" and "When Sussie was a married" parts. ;)

So, Cliffs of Moher on Saturday and Kinsale on Sunday. Can’t wait!

x, O.

niedziela, 16 czerwca 2013

6.

To był ciężki tydzień. Więcej pracy, więcej deszczu (leje od wtorku. Nieustannie.), więcej problemów z rozkapryszoną księżniczką. Po 9 dniach odzyskałam normalny internet (tak, atechniczna i nieprzyzwyczajona do limitu transferu ja wyczerpałam go ponad tydzień przed okresem rozliczeniowym. Za dużo Californication i skajpa.), bo od zeszłego piątku zdana była na kaprysy swojego telefonu. Tak czy owak, najgorsze dotychczas 7 dni mam już za sobą i wierzę, że nadchodzący tydzień będzie o niebo lepszy (pomimo deszczu, którego końca nie widać).

W zeszłą sobotę, korzystając z ostatnich słonecznych chwil, ponownie wybrałam się do Cork – tym razem zawędrowałam trochę dalej od ścisłego centrum, aż do parku Fitzgeralda, w którym spędziłam rozkoszne parę godzin, opalając nogi, pijąc kawę i czytając książkę (autorstwa Fitzgeralda, a jakże). Z okazji festiwalu (Ocean to City) wybrałam się na targ uliczny (z jedzeniem, to chyba logiczne) wydając zdecydowanie za dużo pieniędzy na irlandzkie pyszności. Przespacerowałam się wzdłuż i wszerz centrum, zahaczając o English Market i zachwycający campus University College Cork. Łapią mnie delikatne wyrzuty sumienia, że po dwóch wizytach w Cork nadal nie odwiedziłam czysto ‘przewodnikowych’ miejsc, ale na to przyjdzie czas w ostatni weekend mojego pobytu tutaj (Czyt. Za 4 tygodnie). Już wszystko mam zaplanowane, chyba przez ten deszcz i niemożność wyjścia z domu od poniedziałku.

Odkrycie tego tygodnia – chore dziecko ewoluuje w małego diabła. Zdrowe dziecko ewoluuje w małego diabła widząc deszcz za oknem. Przez 2 dni mała siedziała w domu, z potwornym kaszlem, katarem i bólem gardła. Toczyłam nieustanną walkę z jej kaprysami („Chcę lody na śniadanie, a jeśli nie lody, to chcę obiad o 10 rano”, „Chcę wyjść na dwór do koleżanek”, „Chcę spędzić cały dzień w piżamie rysując na twoim laptopie”) i słuchając argumentów z serii „Musisz to zrobić, bo powiem mamie i cię wyrzuci”, „Jesteś okropna”, „Nie odzywaj się do mnie już nigdy”. Kiedy wyzdrowiała i wróciła do szkoły, przyszło załamanie pogody. Żeby mała za bardzo nie zmokła, w dowóz do domu angażowani są dziadkowie, więc droga powrotna zamiast godziny zajmuje kwadrans. Szkoła kończy się za dwa tygodnie, ale zadania domowe skończyły się już jakiś czas temu, odpada więc też czas spędzony nad czytankami i dodawaniem. Wydłuża się za to czas, który można spędzić na płakaniu i narzekaniu na pogodę, na nudę i na „ja nie chcę tu już mieszkać, nigdy nie chciałam tu mieszkać, chcę się gdzieś wyprowadzić”. Muszę chyba usiąść i ułożyć jakiś plan na nadchodzący tydzień, bo mogę nie wytrzymać kolejnych trzech dni spędzonych na czesaniu lalek barbie…

Nareszcie się przełamałam i postanowiłam spotkać się z resztą au pairek z mojej okolicy. I, jak zwykle, żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej, bo dziewczyny są świetne. Oprócz mnie jest tylko jedna Polka, dużo Niemek i Francuzek, parę Włoszek i Hiszpanek… Prawdę mówiąc, do głowy by mi wcześniej nie przyszło, że będzie ich tyle w takiej małej wiosce. Z drugiej strony, czuję że trochę ogranicza mnie długość pobytu tutaj – dwa miesiące oznaczają znaczne oszczędności, jeśli rzeczywiście chcę przywieźć coś z powrotem do Polski. Słuchając ich opowieści o Dublinie, o Galway, o wszystkich miejscach w Irlandii, w których były (większość jest tu już pół roku, albo dłużej) i imprezach, w których brały udział… zrobiłam się trochę zazdrosna. No cóż, może następnym razem, może za rok… Na pewno w któryś weekend wybiorę się na klify, czekam tylko na dobrą pogodę i towarzystwo;)

Póki co deszcz wyzwala we mnie nieodkryte dotychczas pokłady kreatywności i aktywności. 30 days squat challenge? Crunch challenge? Legs challenge? Writting challenge? Proszę bardzo, wszystko na raz! Pieczone jabłka? Jasne, dajcie mi tylko skończyć wypisywać pocztówki I czytać kolejną książkę. Najważniejsze postanowienie ostatnich siedmiu dni – nie wydawać pieniędzy na nic, co nie jest mi niezbędnie do życia potrzebne. Już czuję, że będzie ciężko, żegnajcie, czekoladowe muffiny z Dunnes!


Sooo sorry, I'm just too lazy to translate all of this info English today. 









x, O.

czwartek, 6 czerwca 2013

5.

Bardzo inteligentnie policzyłam, że średnio pracuję ~4 dni w tygodniu. Wolny poniedziałek był zbawienny, nie pogardziłabym częstszymi takimi trzydniowymi weekendami. Żadnych większych zmian, pogoda nadal idealna, minimalnie 20 stopni i pełne słońce, także co rano wygrzewam się na ogrodzie w błogim towarzystwie książek i kawy. Nareszcie odkurzyłam swój aparat, więc mam bardzo dużo nowych zdjęć z poniedziałkowej wycieczki.

No właśnie, Crosshaven. Przeszłam dobre 20km, po powrocie myślałam, że odpadną mi stopy (Olga, wytrawny piechur, radośnie wybrała się na wycieczkę w trampkach), ale było warto i planuję wybrać się tam jeszcze nie raz nie dwa. Może nawet w tę niedzielę. Ścieżka rzeczywiście cały czas nad zatoką, a okoliczności przyrody (kwiatki, drzewka, słoneczko, blablabla) nie dość że umilały mi spacer, to jeszcze przywodziły na myśl moje ukochane Przełazy, w których nie byłam całe wieki. Samo miasteczko wywarło na mnie przesympatyczne wrażenie - małe, malowniczo położone przy samym porcie, stare, kolorowe rybackie domki przeplatały się z ogromnymi willami z płotami wysokimi na dwa metry i widokiem na morze. Zupełnym przypadkiem zawędrowałam daleko ścieżką którą ledwo było widać spomiędzy drzew, aż do pięknego miejsca z widokiem na całą zatokę (oczywiście później okazało się, że prowadzi tam bardziej cywilizowana droga dla samochodów i używają jej wszyscy normalni ludzie...). Siedziałam tam dobre dwie godziny, kontemplując widoki i ucinając sobie drzemkę:P W drodze powrotnej wpadłam na inną (swoją drogą przesympatyczną) aupairkę z Polski, Magdę, która też mieszka z mojej wiosce, dosłownie za rogiem, przegadałyśmy całą drogę powrotną. Do zapamiętania: Irlandzka definicja "fish&chips", a przynajmniej tych z Crosshaven, zdecydowanie odbiega od moich oczekiwań. Może to moja odosobniona opinia, ale wolę rybę, niż 90% panierki...

Wracając do swoich codziennych zmagań wychowawczych - odnoszę sukcesy w roli nauczycielki gry na pianinie (mimo, iż sama rzuciłam naukę w wieku ośmiu lat). Po tygodniu Mała gra wlazłkotka i happy birthday. Z wolna ogarnia mnie blady strach, bo A. łapie w lot wszystko co jej pokazuję, a ja nie mam wielu piosenek w zanadrzu... Poza tym, nagle nasze powroty ze szkoły zajmują nam dwa razy dłużej niż dotychczas. Sprytna bestia zauważyła, że istnieje alternatywna droga, która nie jest aż tak stroma. Co z tego, że dłuższa, co z tego, że auta pędzą tam jak szalone (od strony ulicy oczywiście idę ja), oczywiście, że chodzimy tą drogą. Repertuar gier poszkolnych wzbogacił się o grę w łapki i naukę irlandzkich podstawówkowych rymowanek, które swoją drogą są prześmieszne i koniecznie muszę zacząć je spisywać, teatr cieni, no bo jakoś trzeba ten żar lejący się z nieba ułaskawić, i karaoke (tzn refren 'waka waka' i nic poza tym). W ogrodzie z kolei króluje armatka wodna, którą dzieciaki bawią się nie zwracając uwagi ani na to, że oba koty prawie dostają zawału, ani na fakt, że właśnie wywiesiłam pranie. Ale taka pogoda podobno nie zdarza się często, więc daję im się wyszaleć, i koty i ciuchy kiedyś w końcu wyschną. A usłyszeć od Małej "nie chcę żebyś wyjeżdżała w lipcu, musisz tu ze mną zostać i koniec" rekompensuje ten cały wysiłek:)

Oczywiście wpis bez wzmianki o jedzeniu nie jest kompletny. Hostka zaczęła uzupełniać lodówkę o pyszności kupione z myślą o mnie, sosy do sałatek, kukurydzę, tuńczyka, jogurty. A babcia, która chyba usłyszała, że wolę robić sobie posiłki sama a nie jeść to co Mała, przyniosła mi domową zupę. Przyznaję, kupiły mnie tym, nie mogę powiedzieć ani jednego złego słowa na to, jak mnie tu karmią:)

Plany plany plany, Cork i festiwal Ocean to the City w sobotę (tym razem jadę z listą zakupów, bo mój portfel nie zniesie kolejnej wizyty w Primarku), za tydzień być może wpadnie Maja, więc znów Cork, a poza tym zaczęłam poważnie zastanawiać się nad weekendową wycieczką do Dublina w okolicach lipca, kiedy zaoszczędzę już coś konkretniejszego. Autobusy nie są aż tak drogie, na miejscu mam zamiar skorzystać z dobrodziejstwa CouchSurfingu... A jeśli nie Dublin, to może Limerick albo Galway?

My very bright calculations show, that I work ~4 days/week on average. Free Monday was salutary, I wouldn't mind more 3-day-long-weekends like that. No big changes happened, weather is still perfect, min 20deg and sun, so I spend every morning in the garden, accompanied by books and coffee. I finally made my camera work again, so there's plenty of new pictures from my trip to Crosshaven.

Right, THE trip, about 20km long. I couldn't feel my legs anymore after I came back (yea right, because Olga the Walker had to wear her converse, congratulations), but it was really worth it and I'm planning to go back there as soon as possible (this Sunday, maybe?). The path was just next to the bay and all flowers, trees, sun, blahblahblah, besides being lovely, reminded me of my beloved Przełazy, where I haven't been for ages. The town itself made a really friendly impression on me - really small, located at the harbour, colorful little houses alternated with huge villas, surrounded by 2m high fences and the full-bay-views. By a total accident I've found a really small, narrow path, leading somewhere high above the city, up to the place with really amazing view (of course later on I've found out that there's another way, suitable for cars and normal people...). Anyway, I stayed there at least for 2hrs, contemplating the views and napping:P On my way back I met an aupair girl from Poland, who lives in my village, literarly a block away from me, she seems a really cool person. A thing to remember: Irish definition of "fish&chips", or at least the Crosshaven ones, differ significantly from what I wanted to get. Maybe it's just me, but I really prefer having more fish than batter... 

Back to my everyday educational struggles - I'm becoming a successful piano teacher (despite the fact I stopped learning to play it when I was 8). After a week of practice, A. plays a short Polish song and happy birthday. Slowly I'm getting more and more stressed, because she learns really fast and I don't have many songs to teach her... Suddenly, our way back home takes twice as long as it did before. That clever beast discovered an alternative path, which is not so steep. It's longer, the traffic is crazy and the path is narrow, but who cares, of course we're taking that one. Our repertoire of things-to-play-on-the-way-back-home gets bigger and biger every day. New arrivals are: clapping, Irish rhymes (which are really funny by the way, I have to start writting the down somewhere), playing with the shadows (because we have to deal with the sun somehow...) and karaoke (i mean, only few lines from 'waka waka' and nothing else). In the garden, the water cannon took over, kids don't let it out of their hands all afternoon. And they really don't care either that cats are almost dying of multiple heart attacks or that I've just hung out the laundry. But this weather is apparently realy rare here, so just let it be - cats and clothes will dry eventually and hearing from A. that "I don't want you to go back to Poland in July, you have to stay here with me" pretty much compensates all the effort. :)

Of course a ost without any reference to the food is not complete. Host mum started to supply the fridge with things bought particularly for me - salad dressings, corn, tuna, yoghurts. And the nanna, who must have heard that I prefer to prepare my own meals than to eat with A. brought a homemade soup. I must admit, they totally bought me with that, I can't say anything bad about how they feed me here:)

Plans, plans, plans... Cork and the Ocean to the City festival on Saturday (this time I'm taking a shopping list with me, my budget won't survive another visit at Primark), next week Maja will hopefully come around, so Cork again, and besides I started to think about a weekend trip to Dublin sometime closer to July, when I'll have some moned saved. Coaches aren't so expensive and I wanted to do some CouchSurfing anyway... If not Dublin, maybe Limerick or Galway?

Aha, postanowiłam, że zdjęcia, które dodaje będą kwadratowe i tego zamierzam się trzymać. Po powrocie zrobię jakiś zbiorczy album na wszystkie w normalnym formacie:)

Moja uliczka, moje osiedle. Muszę w końcu ująć je w jakiś lepszy sposób (ach, tęskno mi za obiektywami Tatusia...)

Corsshaven, nadchodzę - początek wycieczki.

 Ciekawostka znaleziona po drodze. Nie, nie wybieram się.

Co jak co, ale pociąg to by mi się przydał w drodze powrotnej!

Zatoka, jachty - cudowności.

Crosshaven nareszcie na horyzoncie.

Zmęczona turystka.


No i dotarłam, uff.

Jest i port...
Podobno najstarszy w całej Irlandii, jak widać na załączonym obrazku.

Portowe impresje z bliska

A to już początek mojej wycieczki w poszukiwaniu ładnych widoków.

... I słynna tajemnicza ścieżka.

Dla tych widoków warto było się zmęczyć.


 ... I jeszcze trochę morsko-ujściowych krajobrazów

 Rzeczywiście, druga droga była bardziej cywilizowana. No i miała lustro.

A tak celebrowałam dzień dziecka pod nieobecność Małej i hostki;)

 Standardowo na pożegnanie - ja. Tym razem w moich pięknych (i za dużych) nowych okularach.


x, O.

sobota, 1 czerwca 2013

4.

No i zostałam sama w domu. Dziewczyny wyjechały do rodziny do Kerry, wrócą najprawdopodobniej w poniedziałek, także czekają mnie dwa upojne poranki bez tupotu małych stópek za drzwiami o 7 rano i gry na pianinie od bladego świtu. Nie narzekam:) Cały tydzień upłynął w miarę spokojnie, na pracy, spaniu, codziennych spacerach i oglądaniu Californication. Pogoda, o dziwo, cały czas dopisuje, więc ogród został wzbogacony o huśtawkę, z której Mała nie schodzi od powrotu ze szkoły do kolacji.

Relację z wypadu do Cork zdam innym razem, kiedy będzie bardziej owocny niż ten tydzień temu. Fakt faktem ten pierwsze potraktowałam jako swego rodzaju ciekawostkę, ograniczyłam się do chodzenia po ścisłym centrum, posiedziałam chwilę w Bishop Lucey Park, załatwiłam sobie irlandzki numer telefonu... Pierwsze wrażenie - bardzo pozytywne, miasto jest śliczne, wybieram się tam w kolejny weekend ze względu na festiwal Ocean to The City, może uda mi się zobaczyć coś ciekawego (i wyrwać się poza ścisłe centrum, tym razem z jakąś mapką, żeby czasem się nie zgubić).Jeden negatyw - (oczywiście mówię tu o ogólnym wrażeniu na temat tłumu, a nie o konkretnych jednostkach, bla, bla, bla) - po pięciu minutach stało się jasne, dlaczego większość sklepów ma osobne regały przeznaczone na sztuczną opaleniznę i sztuczne rzęsy. Brrr! A akcent połączony ze slangiem daje efekt bardzo miły dla ucha, ale nieco trudniejszy do zrozumienia:)

Drugi tydzień minął - Mała zaczęła pokazywać różki. Przez pierwszy chyba tylko mnie testowała. Pociągnę za włosy przy ubieraniu mundurka - wrzask. Przysunę się za blisko na chodniku, żeby nie wpaść pod samochód i szturchnę ją jej plecakiem (który JA niosę) - wrzask. Spróbuję pomóc jej w czymś przy jej koleżankach - 'idź sobieeee' (a myślałam, że tylko moja siostra uważa to za najlepszą odzywkę na świecie). Całe szczęście jej fochy trwają nie dłużej niż 5 minut i po chwili wszystko wraca do normy. Jej ulubioną zabawą stało się "powiedz jakieś zdanie po polsku a ja zgadnę co ono znaczy". I tak wracamy sobie codziennie ze szkoły, a ja powtarzam, że kot śpi, pies szczeka a ptaszek leci. Prosta rzecz, a daje tyle radości:) Mała postanowiła też testować moją uwagę. Zazwyczaj wygląda to tak:

A: Olga, mogę zaprosić koleżanki do domu/kupić tego dużego loda zamiast małego/zjeść ciastka przed kolacją?
Ja: A co by na to powiedziała twoja mama?
A: Na pewno by pozwoliła!
Ja: To poczekaj, napiszę do niej smsa.
A: No dobra, to pobawimy się w ogródku/zjem tego małego/pokroj mi jabłko...

Mimo wszystko, jakkolwiek by nie brzmiało wszystko powyższe, przez większość czasu Alenah nadal pozostaje aniołkiem:)

Na jutro/poniedziałek zaplanowałam sobie pieszą wycieczkę do Crosshaven (ok. 7km w jedną stronę, samym brzegiem rzeki, aż do morza), wszystko zależy od pogody.

BONUS, specjalnie dla Knuterka, któremu obiecałam osobistą dedykację. Z serii 'obalając mity': nie, nie wszyscy Irlandczycy są rudzi! Fakt, w życiu nie widziałam tylu rudych w tak krótkim czasie, ALE zazwyczaj są to mężczyźni albo dzieci. Z tego wniosek, że najprawdopodobniej rude kobiety wolą włosy ufarbować:) (co nie do końca rozumiem, bo ja zawsze marzyłam o byciu rudą). Więcej niż rudych widzi się piegowatych, szczególnie, że od 2 tygodni prawie bez przerwy świeci słońce. Nawet Małej przybyło piegów na nosie, pomimo codziennego smarowania się filtrami.

So, home alone! Girls went to visit their family in Kerry, they'll be back around Monday, so I have two quiet mornings without pattering at 7am and playing the piano from the very morning. No complaints:) The week was really calm, filled with work, sleeping, everyday walks and watching Californication. The weather is surprisingly great, so the mum bought a swing to the garden. Alenah got absolutely stuck to it and she barely even leves it in the afternoons.

The report about my trip to Cork will appear here... Someday. Maybe when the trip will be moe fruitful than the last one, because last week I was just hanging aruoung the center, walked here and there, sat for a while in the Bishop Lucey Park, got my Irish phone number registered... First impression - very positive. It's a beautiful city, I'm so going there on the next weekend because of the Ocean to the City festival, maybe I'll see something interesting there (and get out from the very center, this time with a map or sometnihg, not to get los). One thing which I didn't enjoy - (of course I'm talking about the general impression about the crowd, not about the individuals, blah blah blah) - after 5 minutes it was clear to me, why many shops have separate racks for fake tan and fake lashes. Blah. And the accent, mixed with the sland, results in something wery ince for the ear, but way more difficult to understand!:)

A second week has passed - Alenah apparently was testing me during the first one and now she checks how far she can go. I pull her hair while putting her uniform on - scream. I move too close to her because I don't want to get ran over by a car and poke her with her bagpack (which I carry) - scream. I try to help her with something when she's with riends - 'go awayyyyy' (and I thought that only my sister thinks that it's the best riposte in the world). Fortuately, her fusses don't last longer that 5 minutes and after a while everythings back to normal. Her favourite game is now "tell me a sentence in polish and I'll try to guess it". And so, everyday we go back home and I keep repeating thet the birt is flying, the dog is barking and the cat is sleeping. Small thing, lots of fun:) She also tries to test my attention. It usually looks like this: 

A: Olga, can I invide my friends over/buy this big ice-cream/eat cookies before the dinner?
Me: Would your mum let you do that?
A: Of course!
Me: Wait, I'll just text her then.
A: Ok, fine, we'll play in the garden/I'll eat the small one/I'll just have an apple...

In spite of all, however all of the above sounds like, most of the time she remains an angel:)

For tomorrow/Monday I've planned a long walk to Crosshaven (~7km one way, along the river all the way to the sea), it all depends on the weather now.

BONUS, especially for my dearly beloved Knuter. 'Mythbysters': no, not all Irish people are ginger. Right, I've never seen so many gingers in such a short time, BUT most usually they're men or little kids. Conclusion - most probably, ginger women prefer to dye their hair. (What still isn't so clear to me, I've always wanted to be a ginger after all). I see more people with freckles than gingers, especially that it's been really sunny for the last two weeks. Even Alenah got some more on her nose, despite putting lots of sun cream on her face everyday:) 

Bilet do Cork - jedziemy!

Cork 1.

Cork 2.

SIM. Nadal nie wiem jak sprawdzić stan konta, ale nie jest źle. 

Nowe nabytki. Wizyty w Cork należy ograniczyć ze względu na ilość wydawanych pieniędzy (ach, Primark)

Moja klęska pedagogiczna - Alenah i paint. Musiałam ją czymś przekupić, żeby zlazła z huśtawki.

Wracamy ze szkoły - wtedy dla odmiany nie niosłam plecaka, bo Mała bawiła się w przewodnika (jednoosobowej) wycieczki.

 Moja przydomowa sielanka wczoraj wieczorem. Niestety zdjęcie tego nie oddaje, ale łąka jest cała usiana jaskrami.

 Tradycyjnie, ja. Żyję i mam się dobrze.


x, O.