piątek, 24 maja 2013

3.

Wpadam w swego rodzaju rutynę i bynajmniej nie narzekam. Chyba tego właśnie chciałam, dwóch miesięcy z dala od pośpiechu i stresu. Nawet nie mam parcia na zawieranie nowych znajomości z tutejszymi au pairs, czego moja Hostka nie potrafi zrozumieć. Ogólnie jestem towarzyskim stworzeniem, ale każdy czasem potrzebuje odpocząć od ludzi. Może za jakiś czas zacznę się z nimi integrować. Póki co czas upływa mi na spacerach, chodzeniu na siłownię/basen, pracy (tak, wbrew pozorom PRACUJĘ) i czytaniu. 

Z dnia na dzień poznaję Alenę co raz lepiej. Okazało się, że pod maską różowej rozpieszczonej księżniczki kryje się dziewczynka rozpaczliwie wołająca o uwagę i poświęcenie swojego czasu tylko i wyłącznie jej. Potrzebowała kogoś z kim może pobiegać, pokopać piłkę i potarzać się w trawie - oto jestem i, o dziwo, mam z tego więcej satysfakcji niż faktycznej pracy. Niedługo będę musiała założyć galerię jej prezentów dla mnie (mam już 3 obrazki, liścik i 2 kwiatki). Co zabawne, trafiłam na wierną fankę One Direction (nawet zabawki Małej nazywają się tak jak tamci chłopcy, nie wspominając o piżamach, płytach, koncertach na dvd, kalendarzach...), także od rana do nocy jestem pod ostrzałem pytań z serii "a którego lubisz najbadziej?", "a która piosenka jest twoją ulubioną?". 

Ciekawostka: dziecko z bolącym brzuchem to bardzo, bardzo głodne dziecko. Złe samopoczucie nie przeszkodziło Małej w pochłonięciu posiłków 2x większych niż moje, ani w jeździe na hulajnodze, ani w zabawie hula hop. Jedynie zapytana o samopoczucie robiła smutną minkę i z cierpiętniczym wyrazem twarzy mówiła "taaak, nadal bardzo mnie boli...";)

Jutro Cork!

I ąm kind of falling into a rut, but I'm not even planning to complain. I guess that was the plan, to get 2 months far from stress and rush. I don't even feel like making new friends among the au pairs, what my host mum seems to be unable to get. I'm generally a social person, but everyone sometimes need to be alone for some time, come on. Maybe after some time I'll start to integrate with them. For now, I spend my time walking, going to the gym/pool, working (yes, I actually WORK here) and reading. 

I get to know Alenah better with every day spent with her. It came out, that under the mask of the pink, spoiled princess there's a girl desperately looking for attention and someone who can spend all their time with her. She needed someone to run with, play soccer and roll in the grass - well, here I am and, surprisingly, I get more satusfaction that actual work from it. Soon I will have to set up a special gallery for all the presents I get from her - for now 3 drawings, one letter and 2 flowers. What's funny, she's a huge One Direction fun (even her toys are named after the guys, not even mentioning all the PJs, CDs, DVDs, calendars...), so she ask questions like "which one is your favorite?", "which song do you like the most" all day long. 

Curiosity: a kid with a stomachache is a very, very hungry kid. Malaise didn't bother her either in eating meals twice as big as mine, or in riding her scooter, or in playing her hula hoop. Only when asked about how she feels, she stopped smilind and answered like "yesss, my tummy is still very sore...";)

Cork tomorrow!

Księżniczka w swoim królestwie:)

To chyba najsłodszy liścik jaki dostałam w życiu, haha. Jak widać, Mała dopiero uczy się pisać:)

Wczoraj (Czwartek) miałam wolne. Idealny zestaw na lunch. Brytyjski Vogue!

 Rzeka przepływająca w centrum Carrigaline, po drodze do szkoły Aleny

Moja ulica! (prawie)

 A taki widok wita mnie za każdym razem kiedy wybiorę się do centrum miasteczka:)

 Siłownia i basen pod jednym dachem -  od paru dni sponsorują większość moich wieczorów

Bez zdjęcia w szatni ten album nie byłby kompletny. 

 Główna ulica wieczorową porą.

A to ja, wieczorową porą. Wiatr na dworze urywa głowy, zaczynam przyrastać do swoich swetrów...

x, O.

środa, 22 maja 2013

2.

Następny dzień minął.. Póki co nie czuję upływu czasu, Alenah zapewnia mi rozrywkę całe popołudnie, a rano mam czas żeby się wyspać i ogarnąć dom (zmywarka/pranie etc). Dzisiaj będzie o dzieciakach z sąsiedztwa, niesławnym irlandzkim akcencie i kwestii odżywiania się irlandczyków.

Jak wkupić się w łaskę wszystkich dzieciaków na osiedlu? Przynieść im miskę pełną owoców. Po drodze do szkoły kupiłam sobie truskawki i jeżyny w supervalu, który chyba stanie się moim ulubionym miejscem do robienia zakupów (a przecież miałam oszczędzać!). Kiedy poszłyśmy z Aleną grać w tenisa, całe szczęście pojawiły się jej koleżanki i zostałam zwolniona z 2h biegania jak głupek. Cała szczęśliwa poszłam przynieść sobie książkę i moje owocki... Co wzbudziło żywe zainteresowanie dzieciaków. Koniec końców zjadłam może 2 truskawki. Ale przynajmniej koleżanki Małej mnie pokochały:) 

No właśnie, TEN irlandzki akcent. Słyszałam zarówno opinie, że jest piękny, jaki i te mówiące żebym w życiu nie próbowała się na niego przestawiać, bo jest najgorszy na świecie. Prawda chyba leży po środku, jedno wiem na pewno - jest cholernie trudny. Nie chodzi nawet o akcent, to kwestia wymowy. Jeszcze nie odkryłam od czego to zależy, ale dosłownie co drugie 't' w zdaniu w ich ustach brzmi jak 'sh'
Przykładowa sytuacja: Alenah chwali mi się że miała kiedyś "rabbish". Zorientowanie się, że chodzi jej o królika a nie o śmieci zajęło mi dłuższą chwilę. Dzisiaj rano do słwonika wyrazów dziwnych doszło "ish" (czyli "it") i "wansh" ('want'). Z niecierpliwością czekam na dzień, kiedy w końcu zacznę rozumieć co Mała mówi bez ustawiania swojego mózgu na pełne obroty (co o 7.30 rano jest BARDZO trudne).

Ostatnia rzecz - jedzenie. Do czego to doszło - ja, wielbicielka fast foodów i niezdrowego żarcia, trzeciego dnia od przyjazdu wywieszam białą flagę. Nie dam rady jeść jak oni. Po pierwsze - wielkie porcje. Śniadanie Małej składa się z zupy mlecznej, dwóch kanapek i całej pomarańczy. Zupa mleczna zamiennie z bekonem. Obiad - mięso mięso mięso mięso ziemniaki ziemniaki biały chleb makaron. Warzyw w jadłospisie brak, no chyba, że keczup uznajemy za jakąś formę pomidorów. Matka otwarcie się przyznała, że ona warzyw niet, owoców też jakoś bardzo niet (całe szczęście Alenah owoce uwielbia) i że najprawdopodobniej nigdy nie zobaczę, jak ona je obiad, bo zazwyczaj je późnym wieczorem żeby córka nie przejęła jej złych nawyków żywieniowych. Słuchając tego wszystkiego i patrząc, co leży w piekarniku gotowe do odgrzania na obiad (ziemniaki i mięso), postanowiłam przejść się do miasta w poszukiwaniu jogurtu i po powrocie z ulgą zrobiłam sobie sałatkę. Całe szczęście Sharon obiecała że będzie kupować mi warzywa, uff. Dzisiejszy obiad już leży w mikrofalówce - mięso, tak dla odmiany. Chyba czeka mnie kolejny kurs po coś lżejszego...


Another day has ended and I don't feel it yet. Alenah keeps me entertained all afternoon, in the morning I have time to get enough sleep and tidy up the house (laundry/dishes). Today's topics are kids from the neighbourhood, infamous Irish accent and the Irish nutrition issue.

How to get in the favour of all the kids from the neighbourhood? Give them fruits. On my way to school, I've bought strawberries and blackberries at supervalu, which I think will become my favourite place for shopping (and I planned to save money, come on!). When me and Alenah decided to go play tennis, her friends appeared (luckily), so I didn't have to run like an idiot for 2h. Very content, I went to get my book and fruits... What aroused a huge interest among them. Well, after all I ate maybe 2 strawberries out of all I had. At least all Alenah's friends love me now;)

Right, THAT Irish accent. I've heard both opinions that it's really cute and that it's "the ugliest accent ever and I hope you'll never start to speak like that!". The truth lies somewhere in the middle I guess, but one thing is certain - it's really difficult to understand. It's not really about an accent, it's about the pronounciation. I haven't discovered yet what is it dependent on, but literally every secont 't' in the sentence sounds like 'sh' here. Example: Alenah brags, that one day she's had a "rabbish". It took me some time to understand that she didn't mean "rubbish" but "rabbit". This morning my dictionary of weird words joined "ish" (it) and "wansh" (want). I'm looking forward to the day when I'll just start to understand everything clearly in a second, without having to process the words I've just heard at 7.30 in the morning because it's DAMN hard.

Last thing - the food. What the hell happened - me, a declared fan of fast food and unhealthy stuff, waving my white flag at third day after my arrival. I'm just not able to eat like them. Firstly - huge servings. The girl's breakfast consists of cornflakes, 2 sandwiches and a whole orange. Alternatively, bacon instead of cornflakes. Dinner - eat meat meat meat potatoes potatoes white bread pasta. No veggies in the menu, well, there are some if we count ketchup as a form of tomatoes. The mom admits that she doesn't like either vegetables, or fruits (Alenah at least likes fruits!) and that most probably I will never see her diniing with her daughter, because she doesn't want her to get her mom's bad eating habits. Listening to all of that and looking in the oven, where the yesterday's dinner was waiting to be heated (potaotes and meat), I've decided to go to the shop and get some yoghurt. The salad I've made for myself was such a relief. Fortunately, Sharon promised to buy me some veggies everytime. Today's dinner already waits in the microwave - meat, for a change. I guess I'll have to visit supervalu again...

Pogoda jak najbardziej dopisuje! Póki co tylko na wiatr mogę narzekać, ale słońce jak w Hiszpanii :D

 Dziewczynki grają w tenisa, a ja w tym czasie... Gatsby, po raz trzeci. 

Alenah w stroju do taekwondo gra na swoim keyboardzie - zawsze jest czas na ćwieczenie:)

x, O.

wtorek, 21 maja 2013

1.

Od niedzieli mieszkam w Carrigaline (niedaleko Cork) i opiekuję się siedmioletnią dziewczynką. Zostanę tu przez dwa najbliższe miesiące, pracując jako au pair i odpoczywając, bo jestem wykończona maturą i całym tym stresem. Nigdy wcześniej nie pisałam porządnego bloga, więc nie oczekuję od siebie zbyt wiele, chciałam po prostu znaleźć miejsce w sieci gdzie mogłabym zebrać wszystkie rzeczy związane z wyjazdem i podzielić się zdjęciami:)

Dom jest malutki, bo mieszkamy tu tylko we 3 - Alenah, Sharon i ja (+ 2 koty). Całe szczęście nie mam zbyt napiętego harmonogramu, pracę zaczynam dopiero ok. 14, kiedy mała kończy szkołę i zajmuję się nią dopóki jej mama nie wróci z pracy, czyli do ok. 18.30. 

Centrum Carrigaline to na dobrą sprawę tylko jedna główna ulica, reszta miasteczka jest bardzo rozległa, porozrzucana po obu jej stronach. Przy ulicy gdzie mieszkam stoi 20 jednakowych domów, z jednakowymi ogródkami i podjazdami dla samochodów. Tak wygląda całe Carrigaline - skupisko identycznych jednorodzinnych domów pogrupowanych w osiedla. Do szkoły, która znajduje się na drugim końcu miasteczka, mam 20 minut szybkiego marszu, więc odległości nie przerażają:) 

Pierwsze spostrzeżenia:
* Wszystko ma swoje miejsce i swój czas - jestem pod wrażeniem tego, w jakim rygorze wychowana jest Alenah. Mała chodzi jak w zegarku - śniadanie, zęby, mundurek, plecak, punkt 8.30 stoi gotowa do wyjścia. Tzn moim zadaniem jest dopilnowanie, żeby tak było, bo jest tak rozgadana, że co chwilę trzeba jej przypominać, co aktualnie musimy zrobić;)

*Wszystkie dzieciaki, które do tej pory widziałam noszą mundurki. Nie takie, jakie ja miałam okazję nosić w gimnazjum (akrylowy pulowerek) tylko kompletne - koszula, krawat, sukienka, sweterek, zakolanówki, mają nawet specjalne buty. Oczywiście wszystko granatowo-szare z logo szkoły. Cudowności:)

*Coś czego nie znoszę - dwa krany w umywalce. Miałam nadzieję, że nie zetknę się z tym nigdzie poza Wielką Brytanią, a tu niespodzianka - żeby umyć zęby trzeba cierpliwości i zręczności, żeby ani się nie poparzyć, ani nie męczyć z lodowatą wodą. Za jakiś tydzień-dwa może w końcu to opanuję:D




I arrived to Carrigaline (a village close to Cork) on Sunday and I'm staying here for the next 2 months. I'm working as an a pair (taking care of 7yr old girl, Alenah) and basically spending half of my holidays here, planning to get some rest from the stress I've been through because of finals. I've never had a proper blog before, so I don't expect much from myself, I just wanted to have a place where I can share the experience and photos:)

The house I'm living in is really small, there's only 3 of us - Alenah, her mum - Sharon and me (+ 2 cats). Luckily, my day schedule isn't very busy, I start around 2 pm, when the girl finishes school and I take care of her until her mum comes back home (~6.30 pm).

Carrigaline's center is basically just a main street, the ret of the village is scattered on the hills close to it. On the streed where I live, there's 20 identical houses with identical gardens and porches. That's how whole Carrigaline looks like - lots of identical detached houses, grouped into small estates.

First observations: 
*Everything is planned - I'm impressed by the rigour of Alenah's day. She works like a clokwork - breakfast, teeth brushing, uniform, backpack, 8.30am sharp she's ready to go. I mean, it's my job to make sure she is! She's so talkative you have to remind her every second what we have to do at the moment;)

*All kids I've seen yet wear uniforms. Not the kind I had to wear when I attended junior high school (acrylic pullovers) but the fill ones - shirt, tie, dress, sweater, overknees, even special shoes. Of course, everything's blue-grey with the shool's logo. 

*The thing I hate - 2 taps, 1 sink. Ireally hoped I won't see it anywhere outside UK, but - surprise! To brush your teeth you need patience and dexterity. It will take me a week or two to learn how to use it properly!

 Widok z samolotu podczas lądowania w Cork:)

Kawałek ogrodu, piękna irlandzka pogoda i Kathy

PS. Co do tytułu bloga - polecam zajrzeć w google

PS. About the blog's title - I recommend googling it:)


x, O.