środa, 17 lipca 2013

11.

Mój pokój wygląda dziwnie z trzema zapakowanymi walizkami stojącymi przy łóżku. Z pustymi półkami i bez sterty różnych dziwnych rzeczy piętrzących się koło szafy (do owych „rzeczy” zazwyczaj zaliczały się koty, pluszaki młodej, zabazgrane przez nią kartki i kable od ładowarek wszelakich). Jutro o tej porze… a z resztą, jeszcze o tym nie myślę. Z góry ostrzegam, że będzie łzawo i sentymentalnie.

Ostatni tydzień miał swoje wzloty i upadki, zaczynając od pikników w parku i karmienia łabędzi, a kończąc na dawaniu młodej szlabanów w dniu, kiedy prawie doszło do rękoczynów między nią a jej koleżankami. I pomimo wszystkich moich narzekań, będę tęsknić. Dwa miesiące to kupa czasu, szczególnie dla osoby, która przywiązuje się do ludzi tak szybko jak ja. Dopiero przed samym wyjazdem zauważa się te pozornie błahe rzeczy – iskierkę radości, kiedy mała daje radę jechać na rowerze bez jednego stabilizatora, rozczulenie, kiedy urządza pokaz mody na korytarzu, stukając obcasami maminych szpilek, które wylądowały w jej pokoju tydzień temu bo nie nadają się już do noszenia do pracy…

Nauczyłam się rozróżniać, kiedy udaje, a kiedy naprawdę coś jest nie tak (czy to wyimaginowany ból brzucha, kiedy nie ma ochoty czegoś zrobić, czy bycie głodną ‘z nudów’). Nawet jej koleżanki mnie polubiły i zaczęły się do mnie swobodnie odzywać;) Przywykłam do seplenienia młodej, do jej powiedzonek w stylu „well, of course cośtam cośtam”, którego używa na początku każdego dłuższego zdania, jakby to, co właśnie obwieszcza, powinno być od dawna wiadome całemu światu – „well of course, na śniadanie chcę tosty”, „well of course, chodźmy do parku”, „well of course, zakładam dzisiaj majtki w kwiatki”. Nauczyłam się, że zawsze na spacery chodzimy we 3 – ja, ona i jej chłopak, Louis, który jest bardzo nieśmiały więc w ogóle się nie odzywa, i którego mała bardzo często odwiedza w jego domu w Nowym Jorku. Przerobiłyśmy jeżdżenie w niewidzialnych autach, loty w niewidzialnych samolotach, przechodzenie przez ściany i wszystkie możliwe gry i zabawy, których można oczekiwać od siedmioletniej wyobraźni. I uwierzcie, można oczekiwać naprawdę wiele.

Przez te dwa miesiące zrozumiałam, że au pairing nie jest pracą dla każdego. Fajnie powiedzieć – jedziesz, masz gdzie spać i co jeść, zwiedzasz i opiekujesz się małym bachorem. Nic bardziej mylnego, branie odpowiedzialności za czyjeś dziecko jest cholernie ciężkie. Jak tu wytłumaczyć siedmiolatce, że nie pozwolę jej jeździć na rowerze, bo za bardzo isę o nią boję? Przecież mama jej pozwala. Oczywiście nie twierdzę, że nadają się do tego tylko „wybrani”, ale osoba nielubiąca dzieci będzie się tylko męczyć (a wiem, że i takie się zdarzają bo osobiście poznałam kilka. Ja, wbrew powszechnej opinii, dzieci uwielbiam, póki mają więcej niż 2 lata i nie są moje.). Człowiek uczy się cierpliwości i asertywności, zarazem dobrze się bawiąc (w większości) i poznając inną kulturę. Cieszę się, że poćwiczyłam język, nigdy nie miałam z tym problemu, ale mówienie po angielsku w Polsce a przystosowywanie się do Irlandczyków, ich akcentu i faktu że strzelają słowami jak z karabinu maszynowego to dwa osobne światy.

Wiem, że miałam ogromne szczęście trafiając na tę a nie inną host rodzinę, słyszałam historie innych dziewczyn o nierespektowaniu ich czasu wolnego, o harowaniu w nadgodzinach, sprzątania na błysk całego domu i czterech małych dzieciakach na raz – wszystko za równowartość mojej pensji. Moja hostka dbała o mnie jak o swoje drugie dziecko, to ja zawsze miałam rację, nawet jak młoda próbowała zrzucić na mnie winę („Nie zwalaj na Olgę, dobrze wiedziałaś, że nie możesz jeść tegoatego i jej o tym nie powiedziałaś”), martwiła się moimi studiami razem ze mną, a weekendy były świętym czasem dla mnie i mała ledwo mogła się do mnie przytulić bo „Olga ma dzisiaj wolne, daj jej odetchnąć”. Pomimo paru nieprzyjemnych momentów, czas spędzony tutaj był niesamowitym przeżyciem.

Wylot jutro o 8.15, rano dopakowuję ostatnie rzeczy i… Żegnaj Irlandio. Na pewno tu wrócę. A póki co, czas świętować przyjęcie mnie na studia w Poznaniu (Uniwersytet Medyczny, cieszę się jak wariatka!) i… szykować się na wyjazd do Ameryki. Witaj przygodo, po raz kolejny w te wakacje. Swoją drogą spodobało mi się prowadzenie bloga – może kiedyś wrócę do pisania, tu albo pod inną nazwą.



My room looks weird with 3 fully packed suitcases standing right next to my bed. With empty shelves and without stack of random weird things next to my wardrobe (like cats, toys, sheets, wires etc.). That time tomorrow… I don’t think about it, yet. From the very beginning I warn you – today’s note will be maudlin and sentimental.

The last week had its ups and downs, starting from the picnics in the park and feeding the little ducklings and finishing at grounding A when she refused to listen to anyone and kept hitting her friends. But nevermind all my complaints, I will miss her and this place. 2 months is a lot of time, especially for the person who gets used to people way to fast, like I do. Only before leaving you start noticing the little things like a little spark of joy when you see her on her bike, going without one stabilizer. Or tenderness, while watching her preparing a ‘fashion show’ in the corridor, tottering on her mom’s high heels, which landed in her room a week ago, because they’re too old to wear it anywhere…

I’ve learned how to distinguish between A saying the truth or pretending (either her ‘sore tummy’ because she’s not willing to do something, or being hungry because of boredom). Even her friends started to like me and they talk to me normally:) I got used to her lisping, to her sayings, like “well of course blahblahblah”, which she uses at the beginning of almost all sentences, as if the thing she says should be well-known since always to everyone. “well of course, I want toasts for breakfast”, “well of course, we’re going to the park”, “well of course, I’m wearing my red knickers today”. I learned, that it’s always 3 of us – me, her and her boyfriend Louis, who’s really shy so he doesn’t talk at all and she keeps visiting him in his apartment in New York. We’ve been through riding in invisible cars and flying in invisible planes, going through the walls and through any game a seven year old imagination can come up with. And believe me, that’s a lot.

These 2 months made me realize, that au pairing isn’t a job for everyone. It’s easy to say – yeah, you go, you have a place to sleep, you have a full fridge, you can see another country and minding kids is easy anyway. Nothing could be more wrong, taking responsibility for someone else’s child is hard as hell. How to explain to a seven year old that you don’t want her to go on her bike, because you’re too scared she’ll fall? Her mommy lets her. Of course, I’m not saying that only the chosen ones can work like that, but for people who don’t like children it would just a never ending struggle. (and yes, I’ve personally met few girls who openly admitted they’ve always hated children. I, contrary to a general belief, really DO like kids, they just have to be older than 2 and not mine;)). It’s a training of patience and assertiveness, but also a great fun and an interesting lesson about another culture. I’m really glad I could practice my English here, it’s never been hard for me, but speaking English in Poland and adjusting to Irish accent and the fact that they don’t speak, but literally ‘shoot’ you down with words are two different things.

I know I was really lucky with my host family, there are many stories from other girls about disrespecting their time off, working more hours than they should, cleaning the whole house twice a day, minding 4 little kids – everything for the same money I was getting. My host mum treated me like her second daughter, it was me who were always right, even when A tried to put the blame on me (“Don’t say it’s Olga’s fault, you knew very well you’re not allowed to do this-and-that and she had no idea”), she was as worried about my finals’ results as I was, and my time off was undisturbed, A could barely talk to me or hug me because “Olga is off today, let her breathe!”. I know, that in a month or so I won’t remember any of the bad things that happened in here, because it’s been an amazing adventure and wonderful time, I don’t regret any second spent in Ireland.


My flight is tomorrow at 8.15am, I’ll pack the last things in the morning and… See you later, Ireland. I’ll come back soon, I promise, I’m madly in love with you. But for now, it’s time to celebrate getting to the Med University in Poznań (yes, I’m madly happy about it) and… get ready for another trip, this time to USA. Adventure, here I come again. I liked having a blog really much – maybe I’ll come back to writing someday, here or somewhere else, but I’ll let you know for sure.

 Cały mój dobytek - spakowany :P


A poniżej parę zdjęć z naszej dzisiejszej "sesji modowej" przy okazji pokazu mody. ;)



środa, 10 lipca 2013

10.

Żar leje się z nieba.  Przez te dwa miesiące odzwyczaiłam się od ostrego słońca i przy irlandzkich 23 stopniach czuję się jak na wakacjach we Włoszech (co mi bynajmniej nie przeszkadza, brakuje tylko basenu i włoskich lodów, co rekompensuję sobie bitwami wodnymi i przepysznymi ben&jerry’s). Podczas mojej weekendowej nieobecności ogród wzbogacił się o duży, zielony namiot (tudzież gazebo, jak to mówi Mała) i parę innych skarbów – chociażby zabawkowy aneks kuchenny. Dzieckiem będąc miałam coś w tym stylu  stragan z plastikowymi owocami i niby-kasą, ale czegoś takiej wielkości dawno nie widziałam. Tak więc od trzech dni piszemy menu, zapraszamy gości (najczęściej One Direction i Lady Gagę, a to niespodzianka!), gotujemy niby-kukurydzę, smarujemy niby-tosty niby-masłem i parzymy niby-herbatę, a ja bawię się lepiej od samej właścicielki mini-kuchni. Teraz akurat Mała gości swoje 3 koleżanki na „tea party”, na które ja mam wstęp wzbroniony. Nie ma problemu, konstruktywnie wykorzystam ten czas na opalanie się (znów spiekłam sobie ramiona w weekend, sic!) i czytanie książki.

Sobotę i niedzielę poświęciłam na spacerowanie po Dublinie. Nigdy nie byłam wyznawczynią zasady „zwiedź wszystko co opisuje przewodnik i koniecznie opstrykaj jak na pseudo-japońskiego turystę przystało”. Uważam snucie się po uliczkach (z mapą w ręku, ze względu na moją tendencję do gubienia się wszędzie) o wiele przyjemniejsze. Dublin przywitał mnie manifestacją pro- i antyaborcyjną  zdziwioną miną faceta w hostelowej recepcji (był może z rok starszy ode mnie), który po 5 minutach stukania w komputer zająknął się: „ale… pani zarezerwowała miejsce na jutro, nie na dzisiaj…”. Tak, to brzmiało bardzo w moim stylu, więc zbladłam i modląc się w duchu zapytałam, czy mają coś na dzisiaj. Mieli, parę euro drożej, ale lepsze to, niż nocleg na ulicy. Swoją drogą, po powrocie wpadłam na pomysł sprawdzenia tej rezerwacji jeszcze raz – daty były prawidłowe, nie pomyliłam się. „20-osobowy żeński dorm” – brzmi osobliwie, wygląda osobliwie, ale trzeba spędzić tam noc, żeby naprawdę zrozumieć co to znaczy, przyznaję, bardzo zabawne doświadczenie;D Trinity College, zrobił na mnie ogromne wrażenie do tego stopnia, że zaczęłam rozważać złożenie tam papierów w przyszłym roku, a Browar Guinnessa był jednym z ciekawszych muzeów, które miałam okazję odwiedzić. Cała wycieczka, zwieńczona darmową pintą piwa i widokiem na cały Dublin z Guinnessowego Gravity Baru (wygląda jak wielki szklany spodek położony na kominie) jest na pewno godna powtórzenia. Poza tym Zamek Dubliński, katedra św. Pawła, Ratusz, parę kościołów, z tuzin różnych mostów - wszystko obejrzane.

Wieczorem, jak doradzał mój wszechwiedzący przewodnik chwycony w bibliotece dzień wcześniej, wybrałam się do Temple Baru (przecznicę dalej), czyli imprezowej dzielnicy Dublina. Nie pociąga mnie imprezowanie samej, poza tym tłum Irlandczyków ‘pod wpływem’ bynajmniej nie zachęcał mnie do zmiany podejścia, więc postanowiłam kontynuować snucie się i spacerowanie po uliczkach „just for the craic” jak tu mówią. Byłam oczarowana. Magiczne miejsce, dźwięki irlandzkiego folku dobiegające z każdego pubu (w co drugim – na żywo), niepowtarzalna atmosfera i widoki które wieczorową porą przygotowała dla mnie rzeka Liffey… A ja jak zwykle nie zabrałam statywu.

W zeszły piątek dostałam wyniki matury z dumą mogę pochwalić się 6/7 ze wszystkich zdawanych przedmiotów. Przyszłość maluje się w różowych barwach (pomijając moje 1023 miejsce na liście rekrutacyjnej na Uniwersytet Jagielloński, co potrafię skwitować tylko i wyłącznie głupim śmiechem) – czekam na II listę z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, na której najprawdopodobniej się znajdę (odcinka na 180pkt, Olga ma 180pkt ale za niską średnią na świadectwie, HA HA HA). Jeśli nie – Łódź, Katowice, nawet Aberdeen, bo w końcu tam też mam miejsce – do wyboru do koloru. Plany tatuażowe nareszcie nabierają realnego wymiaru, bo miała to być nagroda za dostanie się na medycynę. Dołóżmy do tego fakt, że za tydzień wracam do domu, wycieczkę do USA (powoli dociera do mnie, że to się dzieje naprawdę) i… Zaczynam wierzyć w to, że jednak szczęściara ze mnie.

The heat is killing me. Two months were enough to get used to 18deg temperature. Now 23deg make me feel like in Italy (no complaints – I compensate the lack of swimming pool and gelatos with water fights and ben&jerry’s). During my weekend absence a gazebo tent appeared  in the garden. And it has a toy kitchen inside! When I was younger I had a similar thing, but I’ve never seen a TOY as massive as this one is. So, from Monday we spend there all day, making menus, inviting guests (most often One Direction and Lady Gaga, surprise!), cooking toy-corn, making toy-toasts and baking toy-cakes and I bet I’m having even more fun than the kitchen’s little owner :D At the moment A. has guests and a tea party going on, so I’ll just use this time to sunbath a little (burned my shoulders again during the weekend, sic!) and read a book.

So, I spent Saturday and Sunday in Dublin. I’ve always preferred long walks to “go and see everything you guide says you must see and take as many photos as possible, everyone’s an Asian tourist inside” (ok, a map is necessary, but nothing more than that). Dublin welcomed me with a pro- and antiabortion manifestation and with my receptionist’s surprised face – “but… you didn’t book a bed for today, you booking says: tomorrow…”. Yeah, that sounded like me, so I just went all pale and, praying inside, asked if they have anything free for tonight. They did, a bit more expensive, but that’s better than sleeping on the street. By the way, when I came back home, I’ve checked the booking once again – the dates were fine, the wasn’t my fault. “Female dorm for 20 people” – sounds interesting, looks interesting, but you have to spend a night in it to know what it really means. That was a really hilarious experience. Trinity College was so impressive I’ve actually started to consider applying there next year and Guinness Brewery was one of the most interesting museums I’ve ever been to. The museum tour, finished with a complimentary pint of Guinness and amazing view of whole Dublin from the Gravity Bar (which looks like a huge glass saucer laying on a chimney) is totally worth repeating! Dublin Castle, st. Patrick’s cathedral, City Hall, General Post Office, few other churches and about a dozen of different bridges – checked.

I followed my omniscient guide’s advice and spent the evening visiting Temple Bar area (the party area that actually reminded me of London’s SoHo). Partying alone is not the thing I’d really enjoy and herds of drunk Irish men staring at me (come on, I didn’t even have a skirt!) didn’t seem really inviting, so I’ve just decided to do some exploring and walk the streets “only for the craic” as they say in here. I was enchanted. Amazing place, Irish folk playing in each pub (in every second one – live), unique atmosphere and the views that river Liffey prepared for me that evening… And again I had to regret I don’t have my tripod with me.


I got my final exams’ results last week and I can proudly announce that I scored 6/7 from all subject I took. The future has never looked so optimistic (besides my 1023 on the waiting list to Krakow’s University, what only makes me laugh). Most probably I’ll get to Poznań on 2nd list and if not, I still have other cities to choose from. Including Aberdeen. My so-called ‘tattoo plans’ are getting more and more possible, as an award for getting to a med school. Plus the fact that I’m coming back home in a week from now. And the USA trip (I finally start to realize it’s really happening)… I really am a lucky one.

Zderzenie dwóch przeciwnych manifestacji, wpadłam na nie za rogiem od razu po przyjeździe.

Trinity College - główne wejście

... i campus Trinity od środka

Christ church cathedral (?!)




Trinity w drodze powrotnej:)

Bank of Ireland

A to już jeden z wielu pubów w Temple Bar


Temple Bar (pub) w Temple Bar (dzielnica). Templecepcja.

River Liffey

I jeszcze raz Liffey

I po raz trzeci, nie mogłam się napatrzeć.

O'Connell street i the Spire

O'Connell street II

A to już Guinness Brewery



Niestety pan, który robił to zdjęcie ewidentnie niebardzo radził sobie z moim aparatem...

Pinta Guinnessa w Gravity Barze!

I ta sama pinta w dłoni szczęśliwej właścicielki:)

Na szybach Gravity Baru znajdują się opisy tego, co aktualnie widać po drugiej stronie...

To akurat widok w stronę centrum.

x, O.

wtorek, 2 lipca 2013

9.

Odmeldowuję, że przetrwałam pierwszy pełen dzień wakacji bez uszczerbku na zdrowiu (ani psychicznym, ani fizycznym). Słońce piekło w nos, piątka dzieciaków beztrosko biegała po ogródku oblewając wodą i co jakiś czas domagając się owoców i soku (mój osobisty tryumf wychowawczy, zero popcornu ani słodyczy!). Po piątkowych scysjach, o których już za moment, mała powróciła do bycia aniołkiem. Mogłam spokojnie usiąść z książką na kolanach i, jednym okiem czytając, a drugim patrząc, czy nikt nie traci zębów, ODPOCZĄĆ. Szkoda, że dzisiaj leje i całe sąsiedztwo rozsiadło się radośnie w pokoju młodej. Radio huczy na cały dom, więc chyba urządzają dyskotekę. Na razie nie odważyłam się wejść. 

Zaczynając od skarg i zażaleń, piątek był najcięższym dniem pracy do tej pory. Koleżanki z osiedla wyjechały na plażę, pogoda nie dopisywała, a w szkole do godziny 12 młoda zdążyła zjeść taką ilość śmieci, po której nawet ja chorowałabym przez tydzień. Po powrocie do domu zażądała loda. Perspektywa 6 godzin z wściekłą jak osa siedmiolatką zmusiła mnie do ustąpienia. Zajęłam ją czymś na dłuższą chwilę, po czym widząc słońce za oknem, wyciągnęłam na dwór. „Chodź, pogimnastykujemy się!” zaproponowałam, mając nadzieję, że jakoś ją ugłaskam i odpędzę zły humor. Przysiady, pajacyki, podskoki… Jej jednak zebrało się na akrobacje. Po serii fikołków, szpagatów i gwiazd, nagrodzona oklaskami i okrzykami zachwytu z mojej strony, tonem nieznoszącym sprzeciwu rzuciła „teraz twoja kolej!”. Sztuki robienia gwiazdy nie opanowałam nigdy, byłam bardzo leniwym dzieckiem i wfu unikałam jak ognia, ale nigdy nie miałam problemu z robieniem mostka…

… Skurcz, który sparaliżował mój kręgosłup był tak silny, że przez sekundę myślałam że wypadł mi kręg albo dysk albo że zaraz umrę i nie zmieszczę się w tej pozycji do żadnej ładnej trumny. Jakimś cudem udało mi się wrócić na trawę, nadal sztywna z bólu. Próbując rozmasować plecy i złapać oddech usłyszałam zirytowany głos młodej koło ucha: „Olga, no weź się rusz, czy ty jesteś normalna, czemu nie patrzysz jak robię gwiazdy?!”.

 „Czekoladki to nie przekąska. Robię ci kanapkę, albo ją zjesz, albo głodujesz do kolacji” powiedziałam spokojnie, kładąc słodycze na najwyższą półkę i odwracając się w stronę chlebaka. Coś odbiło się od mojego ucha i wpadło do zlewu. Klapek. Serio? Mała stała za mną, chyba nie do końca wierząc, że odważyła się to zrobić. Godzina siedzenia w pokoju samej w towarzystwie kanapki nie przyniosło zamierzonych efektów – płacz i błaganie, żebym nie mówiła mamie, a następnie trzaśnięcie drzwiami i oglądanie telewizji aż do jej powrotu. No cóż, powiedziałam, czym prawie przyprawiłam biedną hostkę o zawał. Większość weekendu byłam poza domem, ale widząc zmianę jaka zaszła w zachowaniu młodej sądzę, że dostała niezłą szkołę od obojga rodziców.

Sobota – Ring of Kerry. Panoramiczna trasa w hrabstwie Kerry, długa na 112 mil, czyli cały dzień w autobusie. Nie żałowałam wyboru ani przez sekundę. Przewodnik ani na sekundę nie przestawał gadać, widoki zza okna zapierały dech w piersiach, słońce dopisywało, a na każdym postoju czekały atrakcje z serii zespół grający na hafach, zrób sobie zdjęcie z małym koźlątkiem, weź na ręce szczeniaczka. No i irlandzki folk z głośników w drodze powrotnej (muszę kupić jakąś płytę na pamiątkę, nie sądziłam, że aż tak mi się spodoba).

Planów część dalsza – przetrwać ten tydzień i nagrodzić się wycieczką do Dublina. Postanowiłam nie odpuścić i idąc na kompromis sama ze sobą zarezerwowałam miejsce w hostelu. Jak nie teraz, to kiedy? Kolejny weekend Cork po raz ostatni, a za trochę ponad 2 tygodnie wracam! 10 dni oddechu i… USA. (Tak, przepraszam, czuję silną potrzebę pochwalenia się, Kalifornia i Nowy Jork, 3 tygodnie, my dreams came true).

I report that I survived the first full day of holidays without ruining either my mental of physical health. Sun was shining, 5 kids were running around the garden splashing water at eachother and asking for juice and fruits (my personal triumph, not for popcorn or sweets!). I could peacefully sit with my book and get some rest while trying to read and mind the kids at the same time. Unfortunately, it’s raining today and all kids stay in A’s room. I can hear their music here in the kitchen, so I guess they’re having great party over there. I don’t have enough courage to go in there yet.

Starting from bad things, Friday was the worst day of work since I’ve started. All friends went to the beach, weather sucked, and until noon when the school finished, A has eaten the amount of junk food that would make ME sick for a week. When we came back home, she requested an ice-cream. Having in mind, that 6h with mad 7 year old won’t be easy, I surrendered. I got her entertained with something for a longer while and, when the sun came back out, I proposed doing some gym in the garden. Jumping jacks, jumps, squats… But she preferred acrobatics. After a series of splits, cartwheels and flips, rewarded with my loud applause, she said it’s my turn and that I MUST do something. I’ve never learnt how do to cartwheel, I was a lazy child, skipping every possible PE class, but crabs were never a problem to me…

… The cramp that paralyzed my spine was so strong I thought something happened to my back or that I’m dying and I won’t find any proper coffin if I remain in that stupid pose. Somehow I managed to lay back on the grass, still stiff from the pain. Trying to move and catching the air like a fish out of water, I’ve heard A’s irritated voice just next to my eat: “Come on, Olga, moooove, are you normal like, look at me doing the cartwheels!”

„Chocolate isn’t a snack. I’ll fix you a sandwich, either you eat i tor you stay hungry until the dinner” i said calmly, putting the sweets high enough so that she can’t reach it and turning my back on her to get some bread. Something slapped me on the side of my head and fell in the sink. A flip flop. Seriously? A was standing behind me, not fully believing she’s had the courage to do that. An hour of sitting in her room having only her sandwich for the company wasn’t effective enough – crying and begging me not to tell her mum and, when I refused to do so, slamming the door and watching TV until her mum came back. Well, I reported what happened, nearly giving her a heart attack. I was out almost all weekend, but seeding the change in A’s behavior on Monday I guess both of her parents got really cross with her. Hope she stays like that for the rest of time I’m here..

Saturday – Ring of Kerry. Panoramic route in country Kerry, 112 miles long, what meant all day spend sitting in the bus. I didn’t regret the choice for any second tho. The guide was walking all the time, views from behind the window were breathtaking, sun was shining and on every stop we’ve had attractions like listen to a band playing on harps, take a picture with the little lamb, rub some puppies or kittens. Oh and Irish folk music on the way back, I have to buy a souvenir CD or something, I’m totally in love with it.

Plans for the future – survive this week and reward myself with the trip to Dublin. I’ve decided not to give up and booked a place in a hostel. If not now, when? Next weekend – Cork for the last time, and then I’m back in 2 weeks and 2 days! 10 days spent in Poland and… USA (Yes, sorry, I have an urge to tell all the world that I’m going to damn California and New York and these are my dreams coming true!).


Irlandzka kreatywność...

 Odpierając zarzuty, że schudłam na buzi - nadal jestem chomikiem, bez obaw.

Najwyższe góry w Irlandii 

Dingle bay 

 Nie pamiętam nazwy, ale to było najpiękniejsze miejsce w którym się zatrzymaliśmy. Szkoda, że było mgliście.
Atrakcja z serii "zrób sobie zdjęcie z kotkiem". Nie dałam rady odmówić:D

The Black Valley (widok z okna autokaru)

Tzw. Ladies view

Najwyższy wodospad w Irlandii:)

x, O.

czwartek, 27 czerwca 2013

8.

Słońce świeci, Mała jeździ na rowerze w jednej ręce trzymając kierownicę, a w drugiej loda, koty grzeją się na trawie… A ja siedzę w środku tego wszystkiego i napawam się ostatnimi chwilami spokoju, bo od jutra zaczynają się wakacje, co oznacza dyżury od samego rana. Z dobrych wieści – dzięki sugestii mojej hostki nauczyłam się być bardziej stanowcza i Młoda nagle przestała wchodzić mi na głowę, zapisałam się do biblioteki (brawo, nareszcie!), cały poprzedni weekend byłam w rozjazdach i tak samo planuję ułożyć sobie ten nadchodzący. Ze złych – raczej nie wybiorę się do Dublina, na couchsurfingu pustki i brak chętnych do przenocowania mnie, hostele są raczej nie na moją skąpą kieszeń. Kiedy indziej.

Cliffs of Moher były póki co najpiękniejszym miejscem, jakie miałam szansę tu zobaczyć. Opłacało się łapać bladym świtem pierwszy autobus w stronę cywilizacji (Cork), a następnie przesiedzieć pół dnia w autokarze. Widok zapierał dech w piersiach i jest raczej nie do oddania w żaden inny sposób, chociaż usilnie i z zapałem japońskiego turysty próbowałam uwiecznić na zdjęciach co tylko się dało. Nawet pogoda dopisała i mimo wiatru wiejącego z prędkością 100 mil na godzinę było fantastycznie.

W niedzielę za to wybrałam się z dwoma inymi au pairkami – Ritą i Katheriną – do Kinsale, małego rybackiego miasteczka jakieś 20km od miejsca, w którym mieszkam. Kolejne miejsce i kolejny zachwyt – piękne widoki, znów klify (parę razy mniejsze niż Mohery, ale tak samo malownicze. A wiatr tak samo silny, parę razy obie z Katheriną nie byłyśmy w stanie utrzymać pionu), morze, a samo Kinsale przeurocze, pełne kolorowych kamienic. Wydawało się bardziej ’turystyczne’ niż Carrigaline, szkoda tylko że w niedzielę większość sklepów była zamknięta i mogłam z niemałym rozczarowaniem pocałować klamkę w „the chocolate botique”…

Kolejny weekend i kolejna wycieczka w planach – chyba jednak Ring of Kerry zamiast Dingle. W niedzielę muszę zebrać siły na przyszły tydzień, pierwszy tydzień wakacji, no i wyniki matur 5 lipca… A już za trzy tygodnie wracam!

Sun is shining, A. is riding her bike, holding handlebar in one hand and ice cream in the other, the cats are lying on the grass… And I’m sitting in the middle of that, enjoying the last moments of serenity, because holidays start tomorrow what means work from the very morning. From the good news – thanks to my host mum’s advice, I learnt to be more categorical when it comes to A., maybe she’ll learn some manners now, I joined the local library, travelled whole last weekend (and planning to do the same during the upcoming one). Bad news – I rather won’t go to Dublin, apparently on couchsurfing there’s no one willing to host me on that days, and I can’t afford a hostel. Well, another time.

Cliffs of Moher were the most beautiful place I’ve seen here by now. Catching the first bus to Cork and then spending nearly all day in another one definetly paid off! The view was breathtaking and it’s really hard to describe it in any other way, it just has to be seen with one’s own  eyes. Of course stubbornly I tried to take as many photos as possible, but still it’s not the same. Even weather was relatively good, even though the wind was blowing like 100mph it was amazing.

On Sunday I went to see Kinsale with 2 other au pairs – Rita and Katherina. Kinsale’s a small village, round 20km from the place I live in. Next place and next delight – amazingly picturesque, with cliffs (few times smaller than Mohers, but as beautiful as them. And the wind was strong too, me and Katherina couldn’t stand straight and even fell down few times), close to the sea, and Kinsale itself was realy lovely, full of colorful houses. It seemed more ‘touristic’ than Carrigaline, but unfortunately nearly everything was closed on Saturday, so I only could lick the window of “the chocolate boutique”…


Next weekend and next trip planned – this time Ring of Kerry instead of Dingle I suppose. On Sunday I have to gain all my strength before next week, the first week of holidays and the week of my final exams’ results! Oh and I’m coming back in 3 weeks from today on!

W drodze na Klify:)

Cork o poranku, z okna autokaru.

Kinsale!

W Kinsale raz spojrzałam w dół i od razu pożałowałam.

A to już u mnie, w Carrigaline podczas wieczornego spaceru.

Limerick, przystanek w drodze na Mohery

Kolejny przystanek po drodze, tym razem nad morzem

A to już słynne Cliffs of Moher

Cliffs of Moher

Cliffs of Moher

Mohery po raz kolejny

Jak każdy szanujący się turysta...

Kinsale, Rita ja, Katherina i samowyzwalacz w roli głównej

 Katherina walczy z wiatrem...

 ... Za to ja udaję, że wszystko jest w porządku.

Kinsale

Ech, niespełnione marzenie. Muszę się tam jeszcze wybrać przed wyjazdem!

Kinsale harbour

x,O.